Jura, Dolinki Krakowskie, Ojców
wycieczka, MTB

Data: 2011-06-18
Statystyki:

Dystans99.5 km Prędkość średniaAVS: 15 km/h Czas jazdySTP: 6:36 h Suma przewyższeńALT: 1455 m Pogoda:

Krakowem rozpoczynamy nowy cykl wycieczek jednodniowych, a właściwie to dwudniowych bo jeszcze trzeba do domu wrócić...

Pociąg z Warszawy do Krakowa odjeżdża nieco po 7 rano, udaje mi się na niego nawet nie spóźnić chociaż jak zwykle dużo wcale nie brakowało ;-) W mieście królów lądujemy przed 11 i udajemy się na poszukiwania... sklepu rowerowego. Klocki hamulcowe skończyły mi się już jakiś czas temu, a hamowanie blachą jest mało skuteczne. Do sklepu na szczęście docieramy dość sprawnie i o dziwo mają w nim wybór klocków do praktycznie wszystkich rodzajów hamulców! To o tyle niespotykane, że w takiej np. Warszawie przeważnie nie można nic kupić od ręki i trzeba (uwaga - słowo klucz) zamawiać :P Tak swoją drogą to serdecznie polecam krakowski Bikershop na ul. Czarnowiejskiej 4!

Z okładzinami do hamulca nie poszło jednak tak zupełnie gładko. Mam Magury Marty Magnesium SL, więc ktoś naiwny mógłby pochopnie stwierdzić że będą do nich pasowały okładziny dedykowane do Magury Marty SL... Otóż nic bardziej mylnego! Właściwe będą te od Magury Luise... to prawie oczywiste zresztą (na tyle oczywiste, że np katalog z rozpiską typów okładzin fakt ten przemilcza) ;-) Żeby było weselej te od Luise w wykonaniu Aligatora wcale nie pasują do mojego zacisku. To kwestia jakiś dziesiątek milimetra, ale jednak się nie mieszczą. Żeby nie przedłużać - cała operacja wymiany zamiast 30 sekund trwała z dobre 15 minut, było szlifowanie klocka na asfalcie i wymieniłem tylko jedną z okładzin w zacisku, bo na szlifowanie drugiej nie miałem już zdrowia. Zabanglało, pojechaliśmy dalej...

Kwaterki mamy w Bolechowicach, to jakieś 20km z Krakowa i generalnie w większości pod górę. Niezbyt fajnie biorąc pod uwagę nielekki plecak na grzbiecie ale nikt nie obiecywał, że będzie lekko - to przecież nie Mazovia ;-) Na miejscu szybko zrzucamy graty, wbijamy się w wyjściowe uniformy i w drogę. 

Zjazd do Zabierzowa asfaltem i wskakujemy na niebiesko-czerwony szlak idący przez Tenczyński Park Krajobrazowy. Problemy są dwa: po pierwsze zaczyna padać (co jakąś dużą niespodzianką nie jest bo prognozy nie pozostawiały złudzeń), po drugie natomiast okazuje się że oznaczenia szlaków w terenie są marne. Dróg w lesie jest całkiem sporo i bez GPS'a z wbitą wcześniej trasą byłoby dość ciężko, bo oznaczenie przeważnie pojawiają się sporo za skrzyżowaniami a nie przed/na. To nie Kampinos, gdzie szlakiem jedzie się jak po sznurku. 

Pierwszą mała wpadkę nawigacyjną zaliczamy w miejscowości Brzoskwinia :-) Czarny szlak doprowadził nas szutrową drogą na pole po czym się urwał, podobnie zresztą jak sama droga. Kawałek jedziemy więc przez nieskoszoną łąkę na azymut w kierunku gdzie powinien być inny szlak. Niedawno padał deszcz więc przedzieranie się przez bujną roślinność to sama przyjemność ;-)

W Krzeszowicach zatrzymaliśmy się na obiad i wyjątkowo nie była to pizza! Ale to tylko dlatego, że pizzeria była akurat zamknięta ;-) Mijamy kopalnię wapienia i w Czernej wbijamy na szlak tzw. rowerowy. Jego rowerowość była w kilku miejscach mocno dyskusyjna, a oznakowanie tak jak i z wcześniejszymi szlakami - nienachalne ;-) Trzymając się żółtego tracimy sporo czasu, chociaż trzeba przyznać że jest całkiem fajny. Niektóre odcinki nie były chyba deptane przez turystów od miesięcy. Ale trafiło się też kilka naprawdę zacnych zjazdów! 

Dolina Będkowska nie zrobiła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Prosta szutrówka, owszem w niebrzydkich okolicznościach przyrody ale poziom hardcore'u zdecydowanie zbyt niski. Dojechaliśmy nią jednak do Ojcowskiego Parku Narodowego, który przejechaliśmy niebieskim szlakiem. Nooo taki szlak to ja rozumiem! Najpierw kilka km singla takiego, że Czesi spod Smrka mogą tylko pozazdrościć, a później przezacny zjazd do Doliny Prądnika. Nieco techniczna ścieżka cały czas w dół, od czasu do czasu urozmaicona skalnymi uskokami. Zdecydowanie najfajniejszy fragment całej dzisiejszej trasy! Sama Dolina Prądnika którą wracaliśmy - bez szału. Niby ładne skałki w koło, ale jednak to asfalt. Przełom Dunajca w Szczawnicy 100x lepszy.

Trochę zastanawiający jest fakt, że na całodziennej trasie nie spotkaliśmy właściwie żadnych turystów. Na 100km minęliśmy ze 3 rowerzystów w Tenczyńskim PK i kilku turystów w Ojcowskim PN. Poza tym na szlakach zupełna pustka. W Kampinosie to nawet w środku zimy więcej ludzi się spotyka :-)

Mapa

© by ArteQ 2019