Szczawnica: Małe Pieniny
wycieczka, MTB

Data: 2010-07-11
Statystyki:

Dystans66.2 km Prędkość średniaAVS: 10.5 km/h Czas jazdySTP: 6:16 h Suma przewyższeńALT: 1959 m Pogoda:

Dzisiejszy plan wycieczki to Małe Pieniny, czyli jak sama nazwa wskazuje najwyższa część Pienin. Na wszelki wypadek objedziemy je całe i jeszcze trochę więcej ;-)

Ruch "turystyczny" nad Dunajcem taki, że ciężko przejechać. Na szczęście szybko odbijamy na niebieski szlak i robi się praktycznie pusto. Korzystając z chwil gdy gubimy szlak przy schronisku pod Orlicą Ewa dewastuje stojącą na łące krowę :P

Początek niebieskiego szlaku jest zdecydowanie nie-rowerowy. Podjechać da się tylko mały kawałek, później rower w garść i spacer po korzeniach ostro pod górę. Za to szybko zyskuje się wysokość, więc jest to całkiem sensowna opcja.

Po wdrapaniu się na przejście graniczne na szczycie zaczyna robić się już fajnie. Droga przyjemna i przede wszystkim w pełni przejezdna. Robimy mały postój na Palenicy przy górnej stacji kolejki - możliwość wwiezienia tłustego tyłka na szczyt od razu implikuje duże zagęszczenie moich ulubionych "turystów" :-) Zatrzymujemy się tylko na szybkie picie i kilka fotek z biegającym po polance koziołkiem.

Niebieski szlak wzdłuż granicy jest bardzo przyjemny i rower-friendly. Nie ma zbyt dużych przewyższeń, a podjazdy i zjazdy są dość łagodne i bez żadnych kamieni dzięki czemu cały czas się jedzie i czerpie z tej jazdy przyjemność. Widoczki też zacne, bo spora część pasma jest odsłonięta więc można sobie popatrzyć co też ciekawego dzieje się w dolinie.

Jedzie się tak fajnie, że przegapiliśmy zjazd do schroniska, na szczęście błąd został szybko skorygowany. Schronisko zbudowali bowiem trochę poniżej, na zboczu i jest kompletnie niewidoczne ze szlaku, w dodatku nie prowadzi do niego żadna sensowna droga. Jedyną wskazówką gdzie trzeba jechać jest nieco bardziej wydeptana trawa na łące i strzałka na drzewie wskazująca z grubsza kierunek. Samo schronisko pod Durbaszką jest IMO jednym z bardziej porażkowych. Duży murowany budynek z wygodną drogą dojazdową z dołu, natomiast w środku można zjeść zapiekankę albo "gorący kubek". Oprócz tego jest też ROTFL'owa informacja na temat tego, że nie sprzedają tu alkoholu bo to obiekt "oświatowy". Pal licho piwo, ale do jedzienia mogłoby coś jednak być, szczególnie że warunki są.

Wracamy na szlak i zaczynają się problemy, pierwszy z nich to niezbyt wysoka Wysoka (1056 m). Skały, bardzo stromo, rower ani buty SPD zdecydowanie nie ułatwiają przejścia. Mijani turyści piesi (tym razem już tacy prawdziwi, z plecakami i w butach trekingowych a nie klapkach) też się męczą. Kawałek niestety musimy robić z buta i łatwo nie jest. Później wcale nie jest lepiej - da się już  jechać, ale ścieżka jest miejscami mocno zarośnięta, trzeba się przedzierać przez krzaczory.

Przed przełęczą Rozdziela zaliczamy sporą wpadkę nawigacyjną. Powinniśmy jechać cały czas niebieskim do Obidzy jednak jakimś sposobem trzymając się głównej drogi gubimy szlak. Orientujemy się zbyt późno i nie ma sensu już wracać, szczególnie że zjazd jest zaprawdę zacny! Lądujemy gdzieś w rezerwacie Biała Woda. Niestety oznacza to, że czeka nas solidne wjazdo-wejście z powrotem na szlak graniczny. Kilkaset metrów przewyższenia zupełnie gratis :-) Żar z nieba raczej nie ułatwia wspinaczki, do tego kończy nam się woda.

Na Obidzy mamy nadzieję na coś do picia w bacówce - zamknięta. Trudno, jedziemy dalej wg planu na Eliaszówkę. Trzymamy się zielonego szlaku - zdecydowanie polecam. Wysokość cały czas w okolicy 1000m z niewielkimi wachaniami, w pełni przejezdny, miejscami techniczny. Przed Piwowarótwką w ruch idzie GPS - starczy tej jazdy, pora juz zjechać do Piwnicznej. Jedziemy trochę na przypał, częściowo po nieoszlakowanych drogach leśnych. Bez problemu trafiamy tam gdzie trzeba, GPS rulez :P

W Piwnicznej robimy mały popas w Biedronce. Jakieś batoniki na ząb i najważniejsze - coś do picia. Niestety robi się już dość późno, a my jesteśmy daleko od domu. Zaczynamy podjazd pod Obidzę - idzie z grubsza tak samo jak ostatnio, czyli ciężko ale do zmęczenia na raz. Na górze jest już szarawo, kiepsko to wróży ;-)

Lecimy czerwonym szlakiem, początkowo jest do zniesienia - w miarę widać drogę. Niestety szybko robi się zupełnie ciemno, oczywiście sensownego oświetlenia nie mamy. Drogę ledwo widać, jedziemy trochę na oślep, kamienie nie ułatwiają jazdy i miejscami jest trochę niebezpiecznie, bo koła uciekają. W pewnym momencie gubimy szlak, który na polance odbija w nieznanym kierunku - w dzień może byłoby widać gdzie trzeba jechać, w nocy - nie. Ma to swoje dobre i złe strony. Wadą jest to, że poziom hardcoru i tak jest już wystarczająco wysoki i dodatkowe atrakcje w postaci gubienia się są nam zdecydowanie niepotrzebne. Zaletą jest natomiast to, że zamiast kluczyć gdzieś szlakiem i szukać go między drzewami jedziemy w miarę szeroką drogą gruntową. GPS mówi, że jedziemy w dobrym kierunku i wyjedziemy tam gdzie trzeba. GPS miał rację :-) Wypadamy na asfalt w Jaworkach, do domu mamy już tylko lajtowy zjazd asfaltem. Nadwyżkę hardcoru zalewamy czteropakiem Żywca, było git!
 

Mapa

© by ArteQ 2019