Maraton - Otwock
maraton, MTB

Data: 2008-04-13
Statystyki:

Dystans57.8 km Prędkość średniaAVS: 21.99 km/h Czas jazdySTP: 02:37 h Pogoda:
Wszyscy wrzucają fotki, to ja parę słów od siebie napiszę :-) Dzień zaczął mi się całkiem przyjemnie, bo po pierwsze nie zaspałem, po drugie świeciło słoneczko, a po trzecie jak już wspomniałem - nie zaspałem ;-) Montaż rowerków i zbieranie się przebiegło sprawnie i w Otwocku byliśmy zgodnie z planem. Pogoda super, nawet całkiem ciepło - pierwszy raz w tym roku grane były krótkie spodenki :-) Jako, że w poprzednim sezonie się opieprzałem to start z wydzielonego sektora mi nie przysługiwał. To niestety oznaczało, że zamiast jakiejś rozgrzewki musiałem przez godzinę stać w miejscu i się kisić. Trochę mniej fajne było natomiast to, że na dzień dobry miałem przed sobą kilkaset osób rozstawionych w sektorach. Odliczanie do startu: 3.. 2.. 1.. start! ... no i stoimy dalej patrząc jak czołówka właśnie wyjeżdża ze stadionu :-) Na szczęście po chwili i mi dane było ruszyć. Trasa na początku była bardzo rozsądnie pomyślana: spory kawałek asfaltu, na którym stawka mogła się trochę rozciągnąć i dzięki temu było później w lesie luźniej. Próbowałem gonić, ale jazda >40km/h od pierwszego obrotu korby bez żadnego wstępu to średni pomysł i nogi wysłały mi SMSa, że albo się uspokoję albo będzie skurcz i kończymy zabawę w rowie. Początek trasy jechało mi się bardzo dobrze, bez szaleństw ale starałem się w miarę możliwości wyprzedzać jak była okazja. Drogi były twarde, do tego trochę korzeni no i sporo piachu. Podjazdów na miarę Alpe d'Huez nie było, ale organizatorzy zadbali żeby parę wydm jednak zaliczyć. Na początku nawet sobie nie zawracałem głowy, zrzucaniem z blatu ale na końcówce już tak wesoło nie było :-( W dalszej części trasy było już trochę błotka, tzn błoto było dla tych co jechali w pierwszej 50 powiedzmy, dla całej reszty to było rozjeżdżone bagno. Miejscami maź wyglądała tak, jakby żyła swoim własnym życiem i powoli wykształcała układ pokarmowy ;-) Szczególnie fajnie było kiedy trzeba było tam wstawić nogę żeby się podeprzeć :P Nawet miałem wątpliwą przyjemność zaliczyć glebę przy próbie przejechania takiego jednego strumyczka, niestety nikt nie zrobił mi ładnej foty jak się rowerem przykrywam :-( Na tym etapie poznałem p. Andrzeja, z którym bardzo wesoło mi się jechało. Mieliśmy prostą strategię: ciśniemy, dochodzimy jakąś grupkę, chwilkę trzymamy się u nich na kole żeby odpocząć po czym wyprzedzamy i ciśniemy dalej. Raz ja jego ciągnąłem, innym razem on mnie, dzięki temu było nie dość że całkiem wesoło mimo sporego zmęczenia, to przede wszystkim o wiele szybciej niż jadąc samemu. Końcówkę jechało mi się już tragicznie, bo jednak wcześniejsze tempo trochę mnie zabiło. Na trasie jakoś pusto się zrobiło więc nawet nie było się pod kogo podczepić, a mi miejscami prędkość spadała do 15km/h i zagryzałem zęby, żeby pod te cholerne wydmy podjeżdżać. Na szczęście pojawił się Andrzej i solidnie mnie podciągnął, na tyle że i mi sił jakoś przybyło i mogłem zacząć jechać zamiast się wlec jak ostatnia oferma. Na stadion wjechaliśmy równo we trzech, jeszcze z jakimś typem z Legionu. Nie wiedziałem ile chłopaki mają rezerwy więc z finishem trochę poczekałem żeby się za szybko nie wypalić. No ale ostatni zakręt i prosta do mety to już nie było opcji - prędzej bym chyba swoją kaczkę pogryzł niż dał się któremuś wyprzedzić :P Wyniki: Na pewno na brawa zasługuje Juka, która znowu stała na pudle :P Szacuneczek również dla Doktora, który pojechał giga. Niestety na giga startowali też zawodowcy z DHL Author (pierwszy, który przyjechał - Andrzej Keiser, wyglądał jakby wrócił z wycieczki do Powsina. Jego dwaj koledzy z ekipy dojechali parę minut później, a później to dłuuuugo dłuuugo nic nie było) więc punktów pewnie dużo z tego nie będzie. No i Blantek wrócił z dalekiej podróży :-) Startował też MarciN, ale nie widziałem go po wyścigu i podobno jakąś awarię przerzutki miał - będzie okazja żeby kupić nową - lżejszą ;-)
© by ArteQ 2019